Implant Codacs- nowe życie lewego ucha.

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io 0 Flares ×

Robię, jadę, dam radę.
Nie, nie będę robić, jest czas.
Dobra, nie ma innej opcji, robię!
A może się jeszcze wstrzymam?
No żesz jasna cholera, weź się w garść i jedziesz z tym!
A może jakoś wytrzymam jeszcze rok, dwa?
Albo teraz albo wcale! Zamykamy ten teatrzyk w tym roku!
Ehhh, ale to wszystko jest trudne…

Tak wyglądała u mnie w głowie konwersacja samej ze sobą
(i z bliskimi mi osobami) w końcówce listopada ubiegłego roku
Czytając mój poprzedni wpis wiecie, iż dostałam propozycje ratowania ucha lewego… implantu.
Decyzja była trudna.
Chyba jedna z trudniejszych w moim życiu… jak nie naj!
Znosząc trudy po operacji prawego ucha, przeżywałam istny chaos
w głowie i sercu podejmując decyzję,  a moja rodzina,
najbliżsi razem ze mną…. strach, obawa, milion myśli…
w końcu postanowiłam, że jadę!
Niech się dzieje… wytrzymam i to.

Rzeczywistość lekko przerosła moje myśli.
To była lekcja, której się nie zapomina.
No, ale po kolei…

Moja wyprawa zaczęła się tradycyjnie dzień przed wizytą w Kajetanach

Podróż była  szybka, pełna myśli i smutku.
Wyjście z domu, łzy w oczach córki, która się tuliła szepcząc… mama nie jedź.
Synek, który twardo powiedział, nie będę płakał, jedź!
Mąż na dworcu ze smutkiem patrzący jak jadę…
To bolało. Ale decyzja została podjęta.
16 grudnia pociągiem dotarłam do mojego Anioła Stróża- Sylwii, do Warszawy.

DZIEŃ PRZYJĘCIA – PONIEDZIAŁEK
17 grudnia już na 8 rano miałam się stawić w Kajetanach.
Myślę, ale będzie badań! Bo tak rano…
W Kajetanach, jak na czas przedświąteczny przystało pełna aura!!
Wieńce, choineczki, światełka… aż miło się pobierało numerek spod girlandy 😉


Cicho, spokojnie, jak nie Kajetany…
Numerek, do pani przyjmującej, pod gabinet i …. bez kolejki bach!
Myślę, nie dowiary!
Pan doktor, popijając poranną kawę z  zajefajnego wielgachnego kubełka
(z 600ml miał jak nic!) w koty, sprawdził moje papiery, mnie,
po czym wysłał na badania.
Oczywiście lewe ucho jak stało tak stało, ale prawe?
WOW.
Balsam na moją duszę, serce, pieszczota za wszystkie nieudane operacje…
Zresztą sami zobaczcie wykres przed i po….
Wykresy po lewej

Trybiło!
I to jak! Dosłownie śmiałam się przez łzy na korytarzu i w  doopie miałam czy ktoś na mnie patrzy. Tam zresztą mało co dziwi…
Myślę, dobrze, że jedno trybi, jak lewe coś się spieprzy,
to na jednym jakoś oblece do emerytury ;-P
Wróciłam do Pana od kubełka, z uśmiechem zaklepał mój pobyt i o 9.30 usłyszałam, że mam czas do 13 na przydział pokoju.
Hm…. no dobra. To idę!
Opatulona, bo mróz trzymał pospacerowałam po pobliskim parku szukając sarenek i łapiąc świeże powietrze, jakbym miała nie widzieć światła dziennego przez miesiąc (czort ich wiedział co mi zrobią! 😉 )


Pomarzyłam o kawie… Podreptałam do Medincusa…
Atmosfera świąteczna aż miło, nic tylko Mikołaja wypatrywać…
pomyliłam imprezy czy co?


W restauracji uraczyłam się kawą i tak przepysznymi naleśnikami,
że miałam ochotę wylizać talerz. Nie! Nie zrobiłam tego hehe…


Siedze, 11.00 kurde, co dalej… poszłam tu i tam… poszłam do Baru w Instytucie. Tam od słowa do słowa na forum FB poznałam Patryka,
który okazało się był 20 m obok. Też przyjechał jak ja, na implant.
Wraz z rodzicami przyszli do mnie i na rozmowach czas przeleciał do 13.
Poszłam po przydział pokoju. Czekałam 1,5 h.
Trafiłam do pokoju 3 osobowego.
Moje towarzyszki niedoli już urzędowały na łózkach dyskutując zawzięcie nad dokumentacją, którą otrzymały.
Małgosia- Matka Polka i Tamara- Kochana Istota, z poczuciem humoru,
który rozjaśniał wszystkie szarości…
Nić porozumienia zawiązała się między nami szybciutko.
Do końca dnia czas minął spokojnie. Na rozmowach, jedzeniu, chodzeniu.
Co rusz nasz pokój rozbrzmiewał śmiechem…
3 babki, każda inna, a atmosfera jakbyśmy się znały szmat czasu!
Co to będzie? Co to będzie? ŁĄBĘDZIE!!!
Tamarko kochana, już zawsze będę je z Tobą kojarzyć!
Kolacja jeszcze w barze.

O 18 odbył się jak zawsze przydział piżamek, przekazanie wytycznych i zasad…
Sen nie nadchodził zbyt łatwo…

2 DZIEŃ – OPERACJA WTOREK
18 grudnia.
5 rano… nastała jasność..
Ja pierd….. budzik miałam na 5.40!
No, ale nie…
Z automatu swiatła bach! I nie ma spania,
więc po ustaleniu która ma najdłuższe włosy i której muszą najdłużej schnąć, powędrowałam 1 pod prysznic.
Zdezynfekowana ubrałam się jeszcze w swoją piżamkę,
wypłukałam wodą usta, biorąc mini łyczek… (nie wolno pić i jeść!).
Wszystkie gotowe 6.30. Czekamy…
I nic! Jak nikt nas nie zawołał, znaczy się na 1 rzut nie poleciałyśmy.
Czekamy, niebawem wpada pielęgniarka.
Wszystkie trzy przebrać się w piżamki i czekać.
No to siup, z lekkim drżeniem w sercu i myślą… zaraz się zacznie!


9.30- Latosińska idzie… usłyszałam.
Szybki sms do bliskich, słowa otuchy od moich towarzyszek i poszła!
Tradycyjnie wjechałam do hobbitonu, gdzie już czekała kolejna pielęgniarka, wywołując moje nazwisko
(od przyjazdu wszędzie szłam bez kolejek.
VIP jaki czy co? 😉 )
Znajoma sala, masa sprzętu, wąskie łóżko.
Dzień dobry, jadła, piła?
Nie, nie, dzień dobry.
Na łóżeczko, wenflonik, wywiad pani anestezjolog…
Zaczynamy…
Czułam cały czas spokój.
Ciepło, ciężar….odlot.
Pobudkę pamiętam jak we mgle,  kroplówki, sala….
Nie pamiętam czy miałam głowę czy jej nie miałam.
Byłam w innym wymiarze, dopiero jak siadłam na wózek,
aby dojechać do pokoju dotarło do mnie co tu się wydarzyło…
Z prędkością światła chwyciłam pojemnik na wymioty i z jeszcze większą prędkością go zapełniłam,
czując każdy zakamarek głowy, czaszki i w ogóle…
W pokoju było pusto. Tamara i Małgosia były ta stołach.
Zegar wskazywał 13,30 . Nie było mnie 4 h… wow.
Wysłałam sms do bliskich , zapełniłam ponownie pojemniczek zastanawiając się czy wypluwam mózg i zasnęłam.
Obudziłam się o 17.

Oczywiście od razu przytulając pojemniczek, który magicznie został sprzątnięty prze Małgosię, która była już po i nie spała…czuła się dobrze.
Podejrzewam, że ona z innej planety…
Tamara dogorywała jak ja.
Poczułam, że musze do toalety.
Jednakże każdy ruch głową powodował, iż czułam się jak na karuzeli…
Ja pierdziu…. odlot…
Zawroty głowy kosmiczne, a po nich znów pojemniczek, a do tego nasilający się ból… otępiający myśli…
Zadzwoniłam po pielęgniarkę .
W akompaniamencie zapełniania pojemniczka dostałam zastrzyki,
2 kroplówki (przeciwbólowe, nawadniające) i znów zasnęłam.
O 19 pobudka i omg… pełny pęcherz… czas wstać!
Dzień minął…dzień z życiorysu.
Zadzwoniłam po pielęgniarkę i w asyście wstałam,
zapełniając znów pojemniczek, dotarłam do wc… tam zobaczyłam w lustrze mumię… dosłownie. zawiniętą, zabandażowaną.
Z ANTENKĄ!
Czyli strzykawką wystającą z głowy, a w niej… krew.
Ok, myślę… olać to. Sweet focie dla potomnych strzelę.
Wróciłam do łóżka przebrana już w swoją piżamkę, kolejna kroplówka i kolacja na stoliku… bleeee
No, ale coś trzeba zjeść, aby ustały te mdłości.
Sucha kromka chleba miętolona pół godziny, miąższ zwijany w kuleczki jak zza czasów podstawówki i pomogło. Więcej nie wymiotowałam.
Dostałam kolejna partię zastrzyków, zmiana strzykawki
(zmieniane były 3 razy dziennie i notowane ile się zebrało krwi)
pigułki na noc i…weź tu kuźwa zaśnij!
Leżysz na wznak.
Każdy ruch głową to samoloty, czuwasz by nie przekręcić się na jakikolwiek bok…
Coś tam się spało, chyba…
W nocy piguły, bo bolało, rwało…

3 DZIEŃ – ŚRODA
Ranek powitał mnie… o 5!!! jasnością… ah.
Czy operacja czy nie, tak się światła zapalają, a ty możesz sobie pogwizdać…
Zastrzyki, piguły, obchód i leżenie, spanie, jedzenie.

Zmiany strzykawek (od nich szedł dren aż do mniejsca gdzie był zaszyty implant i ważne, aby się zbierało w strzykawce, a nie tam)
Małgosia z pokoju latała jak fryga, Tamara dzieliła mój ból.


Z nas trzech tylko ja miałam implant ucha środkowego.
Dziewczyny miały ślimakowe.
Inny rodzaj, inne zasady, inny niedosłuch, inny przypadek.
Ja dostawałam jako jedyna sterydy, po których nie czułam się zbyt komfortowo. Pieszczoty Pana Steryda już przejdą do historii.

Implant CODACS jest kombinacją dwóch wcześniejszych systemów – implantu wszczepianego do ucha środkowego, który wzmacnia w sposób naturalny dźwięki i implantu ślimakowego, który daje sztuczny słuch na drodze elektrycznej. System ten powstał z myślą o pacjentach, którym klasyczny aparat słuchowy nie daje wystarczających korzyści, mają niedosłuch, który nie pozwala na zastosowanie implantu ucha środkowego, a jednocześnie nie spełniają kryteriów kwalifikacji do wszczepienia implantu ślimakowego. Ta kombinacja otwiera nowe możliwości dla powyższej grupy pacjentów, którzy nie mogą teraz normalnie funkcjonować, nie rozumieją swobodnie mowy, mają ograniczone możliwości kontaktu i komunikacji.

Obiadek już zjadłam ze smakiem

Wieczorem postanowiłyśmy pokolorować sobie świat i wybrałyśmy się na galaretki do baru. Słodycz, choinka z prezentami, my ze strzykawkami wystających z mumii…
Jeszcze merry christmas, cicha noc i święta jak nic!

Nadeszła noc,  a z nią ból, bezsenność i … pobudka o 5 rano!!!
Wrrrr

4 dzień- CZWARTEK.
Od ran wszystkie czułyśmy się źle… zmęczone, obolałe,
wciąż łapałam samoloty, bo lekach bolał mnie brzuch.
Każda miała kryzys…

Rano na obchodzie zostałyśmy poinformowane,
iż będzie zmiana opatrunku, wyciągnięcie strzykawek.
Poszłam jako pierwsza, gdyż miałam wizytę na pięterku w dziale Implantów.
Odwiązali, pomacałam (czułam wygoloną część głowy,
czułam gdzie mam implant… szwy… wszystko obolałe, spuchnięte,
aż łzy napływały same do oczu…

Wyjęli dren, strzykawkę i…. zawiązali 3 razy mocniej!!!
Jeśli dotychczas myślałam, że głowa mnie boli, to byłam w błędzie!
Ja myślałam, że mi mózg bokiem wypływa.
Ucisk potrzebny, aby nie było krwiaka. Ale aż taki????
Pielęgniarka stwierdziła, ze to nie jest szczyt jej możliwości i
i tak łagodnie mnie potraktowała.
Przez godzinę nie mogłam znaleźć sobie miejsca.
Próby, aby nie myśleć o bólu na nic się nie zdawały…
Bolało tak nieziemsko, że nie sposób opisać…
W końcu zaczęłam go lekko oswajać przesuwając co dziesięć minut lekko bandaż nad oczami wyżej i niżej i tak na zmianę…. KOSZMAR!!!
Zacisnęłam zęby, myśląc… tylko 24 h.
Wytrzymam! Ale jakim kosztem…

Poszłam do Działu Implantów, gdzie otrzymałam magiczną walizkę pełną pudełeczek, opakowań i wszystkiego co dotyczy implantu.

Dostałam także harmonogram wizyt na najbliższe 3 lata!
miesiąc po operacji (styczeń) ,
potem znów za miesiąc (luty),
za dwa (kwiecień)
za trzy (lipiec)
a potem już styczeń nowego roku…2020 i styczeń 2021.
Zakładając oczywiście, że nic się nie wydarzy.
No, ale nie zakładamy nic złego, tak?
Wróciłam do pokoju i zastałam ledwo dychającą Tamarę…
Jej mózg eksplodował jak mój, po zmianie opatrunku.
Tyle, że u niej był level hard… zimne poty, słabość,
poleciałam po pielęgniarkę na ratunek.
Z wielkim zdziwieniem leciuteńko poluzowali jej zewnętrzny bandaż.
Jak się okazało na następny dzień, miała tak ściśnięte, że nie można było rozciąć bandaża i do tego zebrał się płyn…
Na obiad wjechały pyzy…
Nosz kurwać mać!!!
Jak je jeść, jak otwieralność paszczy ledwo na kromkę chleba…
ból w części skroniowo-czaszkowej dawał popalić podczas jedzenia,
a gdzie okrągłe kuleczki… podzieliłam na 8… każdą.

Weszło!
Obchód wieczorny,  wytyczne na następny dzień.
Na moje pytanie, czy jak będzie problem z odebraniem mnie jutro czy mogę zostać do soboty, super „miła” pielęgniarka
(notabene która wygrała w rankingu na tą najmniej sympatyczną)
stwierdziła, że to nie hotel, a poza tym muszą łóżka sprzątać na przyjęcie pacjentów kolejnych…  W WIGILIĘ??? Myślę sobie….
Czort z nią!
Kolacja z nutą wigilijną…ryba po grecku

Kolejna noc, kolejne pigułki, rano kolejne… sterydy, osłony, antybiotyki….
Ciężko… łzy same płyną po twarzy…

5 DZIEŃ – PIĄTEK
Noc jak zawsze w plecy… człowiek zmęczony, obolały,
łykający piguły, by stłumić ból… jedzenie już zaczęło lepiej wchodzić,
ale otwieranie i tak trudna rzecz…


Po obchodzie na opatrunek i decyzja… dom czy nie dom.
Odebrać miał mnie brat, ale dopiero koło 15.
Mając wypis, masz w godzinę opuścić pokój.
Zwlekałam ile się da. Bo po co się spieszyć.
Małgosia na pierwszy ogień.
Wszystko lux, wypis i do domu!
Buziaki, uściski i ruszyła
Tamara…. i dupa blada… wokół implantu zebrał się płyn.
Decyzja: zostaje na kolejne 24h… smutek, żal i… smutek.
W końcu poszłam i ja…
Uczucie, gdy rozcięli uciskający bandaż?
Radość jak z szóstki w totka…
Ale chyba zmiany w mózgu nieodwracalne 😉
Wszystko pięknie, gładko, udało mi się załatwić zdjęcie szwów w Olsztynie, aby nie jechać w czasie świąteczno-noworocznym taki kawał.
Wróciłam do pokoju i udało mi się załatwić z paniami sprzątającymi,
że mogę tam siedzieć, byle pościel ściągnąć… Więc się spakowałam , ubrałam, usiadłam na krzesełku i czekałam na brata.
Około 14 już był, zjedliśmy i w drogę!
Przy wyjściu wykupiłam zalecone leki (98zł!!!) i okazało się, że brat zgubił bilet parkingowy… Nie mogliśmy się wydostać, hahaha.
Po dobrych 30 minutach cudem znaleziony i ruszyliśmy w żmudną, długa, piątkową drogę w śniegu… na Mazury.
Do domu!
Dojechaliśmy o 22…

Do domu wróciłam na 2 dni przed Wigilią.
Przygotowałam ją, owszem.
Na tyle ile mogłam, z pomocą męża, dzieci, brata…


Pół h w kuchni, godzina na kanapie… ból, zmęczenie… norma.
Czas leciał, dzień za dniem, rytm ten sam…
sterydy dawały coraz bardziej w kość.

W piątek, 28 grudnia w Olsztynie doktor zdjął mi szwy za uchem i wyjął opatrunku z ucha (miałam przy okazji wszczepienia implantu także 4 otwieranie ucha i czyszczenie kosteczek… już mi zarosły od lipca 🙁 )
Przez cały czas (30 dni) nie myłam części głowy po operacji,
czyli lewej strony głowy…
Antybiotyki brałam łącznie 11 dni, sterydy 3 tygodnie- spuchłam po nich, miałam uderzenia gorąca, wysypkę, mdłości., kołatania serca.
Przeciwbólowe… nawet nie zliczę, sporo i długo.

I nie przespałam ani jednej nocy w całości.
Cały czas oswajałam myśl, że mam coś w głowie,  czuć implant skórą,
włosy powoli odrastają, blizna się wypłyca…
W środku jeszcze się goi… wiercenie przez okostną do strzemiączka wymagało sporej ingerencji.

24 stycznia stawiłam się w Kajetanach z walizeczką, aby podłączyć procesor.
Badania słuchu pokazały to co przewidywał profesor… lewe ucho pada… już padło w zakresie mowy ludzkiej-skończył mi się wykres…
Jak wielki smutek mnie ogarnął wiem tylko ja.
Rana w sercu.

To co widzicie na zdjęciu na dole, po lewej jest umocowane w czaszce (C),
te białe kółeczko z metalową częścią. ten ogonek (F, D)
jest doprowadzony przez… tkanki, okostną,
czyli głowę do strzemiączka w uchu… (E)
Sam procesor wygląda jak duży aparat – to po prawej.(A)
Do niego doczepiony jest akumulator-tu akurat mały, mam  tez duży.
Można je ładować, wytrzymują mały – niecały dzień, duży niecałe dwa.
Od niego idzie cewka (B),  która przyczepia się magnesem do tej białej części, która jest pod skórą. I tak otóż kochani słyszę…
Gdy cewka się odczepi, tracę łączność.

Znalezione obrazy dla zapytania implant codacs

Znalezione obrazy dla zapytania implant codacs

Czy jest mi łatwo?
Nie… Nic nie jest łatwe.
Trzeba się oswoić, nauczy się żyć już inaczej.
Na innych zasadach.
Bardziej uważnie w pewnych momentach, systematyczniej,
muszę zrezygnować z wielu rzeczy.
Świadomość, że masz w głowie coś zamocowanego,
już na stałe jest trudna.
Cała operacja, czas po  zmieniła wiele w moim życiu, myśleniu…

Jestem bardziej twardsza, umiem oddzielać pierdoły od ważniejszych spraw. Czasami mam mało litości dla osób, które same sobie robią problemy,
nie mam litości na głupoty…
Jak to określiła koleżanka, nauczyłam się zdrowego egoizmu.
Może to dobre określenie.
Jestem tą samą osobą, ale jednak już inną.
Żyję dalej, patrząc na wiele spraw inaczej.
Wiem czego chce od życia, co daje mi radość, a co jest zbędne.
Już nie mam skrupułów, aby odsuwać od siebie to co jest złe, bo kogoś urażę… Nie. Nic kosztem siebie.
Za wiele przeżyłam.
Ból wyczyścił mi głowę…
Przeszłam 3 operacje w ciągu 5 miesięcy…
Ostatnia była kropką nad i…
Obecnie noszę procesor na lewym uchu, aparat na prawym i jest ok!
Słyszę 🙂 uczę się dźwięków niektórych… wiele mnie drażni, atakuje.
Czas, cierpliwość to moi sprzymierzeńcy.
Rodzina, najbliżsi, praca, pasje i żyję…
Do przodu.
Niebawem kolejna wizyta na regulację
Kolejnych operacji póki co nie przewiduję.
DOŚĆ.

Print Friendly, PDF & Email
74Shares

15 odpowiedzi do “Implant Codacs- nowe życie lewego ucha.”

  1. Kochana dziękuję za możliwość przeczytania twoich wspomnień przeszłas długą drogę proces nieodwracalny nie masz wyboru musisz z tym już żyć ją bez aparatu prawie nic nie słyszę nie zdecydowała bym się na taką operację na to trzeba odwagi siły samozaparcia życzę dużo zdrowia przed Tobą dużo pięknych dni.

  2. Jesteś super 🙂 Przechodziłam to samo ( prawie, bo „tylko ślimakowy”) ale Ty pięknie to w słowa ujęłaś. I ta dokumentacja foto…. Ja nie miałam odwagi z uwagi na widok głowy z antenką z uwzględnieniem braku możliwości ułożenia fryzury 🙂 Od dwóch lat cieszę się powrotem do świata słyszących . Pozdrawiam i życzę sukcesów rehabilitacyjnych 🙂

    1. Dziękuję ci za miłe słowo. Zdjęć się nie boję, właśnie ktoś musi pokazać jak to jest. Tobie również moc zdrówka ślę!

  3. Kocham Pana Profesora. 6 operacji, w tym 5 u Niego i nadal daje mi wiarę w przyszłość. Rzeczowy, bez roztkliwiania się ale zawsze pełna informacja i chociaż czasami ta informacja boli On daje nadzieję swoja wiedzą i doświadczeniem.
    Wspaniały człowiek mam pełne zaufanie

  4. A czy mogłabyś coś więcej napisać kiedy wróciłaś do pracy czy z implantem dużo lepiej czy jakbyś miała teraz decydować to czy byś się zdecydowała. Ile czasu ci zeszlo zanim doszłaś do siebie. Czeka mnie też implant tylko ja jestem w dziwnej sytuacji bo nie mam nic stwierdzonego żadnej choroby ponoć genetyka choć i to nie wykazało. żadnych większych badań oprócz typowych dla słuchu a już zakwalifikowanie do implantu. Boje się jak choroba tego a termin na za rok

    1. Do pracy wróciłam po miesiącu… nawet z małym hakiem.
      nie czułam się wcześniej na siłach. Leki mnie bardzo osłabiły, zwłaszcza sterydy. Ja je dostawałam ze względu na moje zrosty w uszach… bo ci co mieli ślimakowy nie mieli sterydów.
      Można powiedzieć, że do zywych wracałam w lutym. Styczeń był trudny. głowa nie bolała w sumie, szwy zdjęte, blizna się goiła. Ale osłabienie duże. U mnie nie ma wyboru. 3 próby operacji w uchu nic nie dały, ucho padło… zarasta. Więc implant lub nic. Czy lepiej? Na samym implancie jest tak sobie. ale jak założę na prawe aparat plus implant jest super. Są kompatybilne. Nie bardzo rozumiem czemu masz mieć implant jak nie masz choroby. Musisz coś więcej napisać.

      1. Mam duży ubytek słuchu obustronny czuciowo-odbiorczy i tyle wiem. Do tej pory nie zdiagnozowane co jest powodem, domysły że genetyka ale żadnej choroby mi nie powiedzieli. Od około 16 roku życia leczyłam się w Warszawie (konsultacje, badania, dobór aparatów i tyle z leczenia). Przeniosłam się do męża pod Lublin więc już porzuciłam dojazdy do Kajetan bo tam się przenieśli no i teraz po około 5 latach jak słuch zaczął się pogłębiać a tu w Lublinie nie ma takiej placówki więc przeniosłam się z powrotem z leczeniem do Kajetan. Byłam raz lekarka stwierdziła że implant i nic więcej nawet nie wiem na jakiej podstawie wysłała mnie na kwalifikację tam tylko o implantach była mowa też nic więcej no i mam termin na kwiecień 2020. Nawet nie wiedziałam że są jakieś inne operacje (takie jak u Pani) nikt mi nic nie mówi sama nie wiem co mam robić teraz. I u mnie ma być ślimakowy.

        1. Aniu. Ja zaufałam Kajetanom. Tego co mi robią, profesorowi. Skoro mówią, że u ciebie tak trzeba to widocznie tak jest… Bać się trzeba i obawiać, bo to ludzka rzecz. Ale trzeba walczyć o lepsze póki można! Walcz kochana i do przodu. Jak coś jest już do doopy to nie zepsują. może być tylko lepiej! Jestem z tobą!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *