Reimplantacja ucha lewego. Implant ślimakowy

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io 0 Flares ×

 

Życie od dawna mnie nie oszczędza.
Daje mi z grubej rury ostatnie lata, aż wyrabiam sobie żelazne poślady,
aby upadając tak mocno nie bolało…
Ale bólu ominąć się nie da. Czasem myślę, że już mi płynie w żyłach.

Wszczepiając implant CODACS w lewe ucho przeszłam wiele.
Za wiele. Ze mną wszyscy mi bliscy.
Ale uwierzyłam, że będzie już dobrze.
Lewe ucho implant, prawe aparat i dam radę.
A tu ni chu.. chu.. Nic z tego
Poległam kolejny raz.

O mojej wizycie w styczniu 2021 roku pisałam Wam w TYM POŚCIE
jako aktualizacja na dole

W skrócie przytaczam:
21 styczeń odwiedziłam Kajetany.
2 lata po uruchomieniu implantu.
I co? No co? Ale co?
No nico….
Tak możecie gadać do mojego implantu i tak wam odpowiem.
Spełnił się koszmar.
Ucho już nie pracuje z implantem.
Innowacyjny implant, który miał wyciągać moje słyszenie kostne nie przez ucho, ale od strony głowy… nie działa
Wizyta implantacyjna pokazała max 2% rozumienia 
5 h wizyta skończyła się w nerwach, łzach, wynik?
REIMPLANTACJA
Po wizycie poszło pismo do profesora Skarżyńskiego i jeszcze do jednego działu- Przypadków medycznych.
Minął tydzień. Tak kochani, tydzień!
Telefon z Kajetan- profesor wyznaczył tryb pilny operacji.
JUŻ, CITO
Tylko, ale… tryb cito już w Covidowym raju to nie takie hop siup.
Do tego dzień przed telefonem dowiedziałam się o innych swoich problemach, przez które wylałam wiadro łez i wiedziałam, że muszę na szybko zająć się innym problemem, w tym operacją.
Do tego załatwić zgody na operację od 4 lekarzy…
endokrynolog (bo przecież guzy w tarczy),
ginekolog (nie pytajcie), urolog (bo przecież kamienie w nerkach) no i rodzinny.
Ustaliłam z Panią z Kajetan odroczenie do końca kwietnia
(wystawiła mi moja doktor rodzinna znająca mnie od A do Z).
Dostałam 2 miesiące na załatwienie spraw.

Załatwiłam, w marcu przeszłam operację, którą musiałam,
zaszczepiłam się 1 dawką covidową i zadzwoniłam pod koniec kwietnia do Kajetan.
Przez szczepienie i narkozę musiałam odczekać, stanęło na 24 maja- stawiam się w Kajetanach. 7 rano.
Tydzień wcześniej musiałam jechać robić tomograf głowy.
I to był hit…
Pani położyła mnie, jeżdżę sobie, machina działa.
Wstaję, a Pani do mnie-czy Pani wszystko zdjęła z biżuterii?
Bo ma Pani takie coś, czego nigdy nie widziałam.
Ja mówię, TAK, CODACS.
Aaaaaaaaa, to dlatego. Jeszcze nikt nie miał z tym tomografu robionego.
No tak…
Number ONE!
TO JA 🙁
23 maja
Z racji odległości (310 kilasków) mąż zawiózł mnie dzień wcześniej, nocowaliśmy kilka km od Kajetan i rano stawiłam się kilka minut po 7.00

 24 maja


Kolejka jak za papierem w PRL…
Ankiety, temperatura i w kolejkę na wymaz.
Maseczka ofcourse na ustach, odległość (ekhm,…)
zachowane i tak bitą godzinkę.


W gabinecie (każdy po każdym, jakby ktoś kaszlną z covidkiem to nie ma siły by nie wciągnąć) szybciutko wwiert do mózgu, aż krwią smarkałam.
Po tym wszystkim po numerek i we właściwą kolejkę do gabinetu…długą kolejeczkę.
Po rozmowach z towarzyszkami kolejki, kawie, jedzeniu i piciu koło 13 dostałam się do gabinetu.
Pan i Pani przepytali, wzięli wszystkie badania, zgody, itp patrzą, rozmawiają, tłumaczą po co przyjechałam i tak słucham słucham i nagle
„Kał sobie sama pobierze, czy pobrać? ”
😮 WTF!?
Patrzę, na nią i patrzę… zaniemówiłam.
Pan z boku na nią, na mnie, na nią i mówi: „Pani chyba sama…”
Ocknęłam się.. No sama!
Ale, dlaczego mam badać kał, jak przyjechałam na uszy!
” Na bakterie utajone”
Zszokowana otrzymałam probówkę do wymazu, z zaleceniem udania się do WC i odniesienia między pacjentami zanim pójdę robić badania słuchu.

JAK bywam lata w Kajetanach, tego jeszcze nie grali!!!

Lewe ucho kaput, nic nowego dla mnie.
Ale zawsze gdy patrzę na te wykresy czuję smutek…

Badania porobiłam, o 16 zmęczona kompletnie stawiłam się pod gabinetami oddać, lekarzy nie było, w końcu ktoś kogoś wezwał, zabrali i kazali czekać na wynik COVID.


Szok.
Toć my wszyscy cały dzień sunęliśmy między sobą po gabinetach.
No cóż.
Dostaliśmy na sali obiadek, za godzinę kolację.

Wszyscy już mieli dość.
Wychodziliśmy spacerować i łapać powietrze od maseczek


Pokoje dostaliśmy po godzinie 19. Umordowani i zmęczeni padliśmy na wyra


Wchodząc do pokoi na oddział już stamtąd nie wychodzisz.
Z pokoju wychodzisz w maseczce jeśli udajesz się do kuchni czy pielęgniarek.
Wieczór minął już na zmęczeniu, pogaduchach z towarzyszkami pokoju i myśleniu o jutrzejszym dniu.

25 maja
Punkt 6 budzik.
Mycie, płyn dezynfekujący, przydział szpitalnej piżamki i czekanko.
Na czczo oczywiście.


Już to przerabiałam kilka razy, wiedziałam więc wszystko co przede mną.
Koło godziny 10 zostałam zawołana.
Korytarz>>> Winda>>> Hobbitton>>> Wyrko
Pogawędka z Anestozjolog, pyta jak tam ostatnio po narkozie
Mówię: rzyganko jak kot.
Ktoś się zaśmiał, a Pani stwierdziła, że dołoży mi coś specjalnego.
Ok.
Wenflon, maseczka ze słodyczą, ciepło, ciężko, wdech, wydech…
POBUDKA
Oh… samoloty, ciężkość, rozpierdol czaszki…
Jak się Pani czuje?
No miód malina, jak na wczasach…
Boli- mówię, mdli.
Damy coś antywymiotnego, kroplóweczkę.
No i dali. Ale nie uchroniło mnie to przed 2 krotną cofką.
Leżałam godzinę na sali wybudzeniowej
Widziałam jak się budzą dzieci, jak przychodzą matki do dzieci i je tulą.
Waleczne same!!!
Koło 14 zjechałam do pokoju, zawieźli mnie łóżkiem.
Kokon na głowię, antenka wystaje, krew się ładnie zbiera.
Spać.


Do wieczora wymiotowałam jeszcze raz.
Wieczorem zjadłam trochę kolacji
Ból?
Nie do opisania


Zdawałam sobie sprawę, że muszą wyjąć mi to co siedziało
(cały Codacs z dojściem do ucha przez okostną) i wszczepić implant ślimakowy.
Ale bolało tak, że łykałam wszystkie piguły co dostałam, a na deser zagryzałam ketonalem. Dzięki temu mogłam coś tam spać. Noc była cholernie ciężka.

26 maja
Poranek równie *ujowy, śniadanko już zjadłam


Obchód, krótka rozmowa, leki, leżenie, spanie, leżenie.
Zmiana opatrunku i strzykawek.
Ręcznie wyciskali mi krew z rany, myślałam, że zejdę…
A gdy zawinęły mi Panie kokon, mocniej!
Ketonal łyknęłam jak tic taki..
Tego nie da się opisać.


Po południu przyszła Pani z dokumentami, godzinami stawienia się w wyznaczonych pokojach gdzie miałam zapoznać się z zasadami implantów, pierwszym podłączeniem, wytłumaczeniem wszystkiego.
Dostałam też do wyboru procesory: Rondo 2 lub Sonnet 2


Zdziwiłam się, bo wiedziałam, że jest Rondo 3
Czytałam kilka godzin i myślałam co mam wybrać.
Jak się okazało był błąd w papierach, bo oferowali mi Rondo 3
TUTAJ macie link co dają
Za namową rodziny wybrałam Rondo. Aby ucho odpoczęło mi w końcu.
Wizyta u pani psycholog wypuściła mi trochę tamy łez… porozmawiałyśmy
Noc w plecy…ból, tabletki, dostałam z tego wszystkiego przyspieszone kobiece sprawy, zdychałam podwójnie.
Sterydy czułam już w nogach, brzuchu… (dostawałam 2 razy dziennie), a to dopiero był początek


27 maja
W czwartek wyjęli strzykawkę, zawiązali kokon (mózg straciłam na bank mam ubytki) odebrałam procesor z akcesoriami, byłam na wizytach, dowiedziałam się z czym co się je. Pani sprawdziła, czy diody działają (mam w głowie 12 elektrod z diodami). Wszystko pięknie się zaświeciło, pyknęło dźwiękiem.
Nakazała po zdjęciu szwów zakładać, włączać po kolei programy od 1 do 4 by pobudzać elektrody do pracy (aby białko aktywne nie padło- jakoś tak)
Na obchodzie powiedzieli, że jak będzie wszystko dobrze jutro do domu
Około godziny 14 dowiedziałam się, że mam zmienić pokój. Bo zostaje sama (moje 2 towarzyszki wychodziły w czwartek), a że pokój jest 3 osobowy to z wszystkich pokoi co zostały po jednej, pakują nad do 4 osobowego jednego.
Ja pierdl…


Ty słaba( zmęczenie level MASTER),  nie możesz się schylać, a tu kuva walizka, ciuchy, nawet ku* wa pościel kazali zabrać swoją i ścielić od nowa łóżka.
Na szczęście moja sąsiadka zanim wyszła pomogła mi w tym wszystkim. Wybrałam pokój przy oknie, z widokiem na sarenki, wcześniej miałam pokój z oknem na salę konferencyjną.


Przyszła do mnie jeszcze raz Pani psycholog dodać otuchy przed wyjściem. Noc była okrutna, nie pozwoliła spać…

28maja
Byłam już tak zmęczona, że nawet nie miałam siły myśleć.
Zmiana opatrunku na taki lżejszy do domu (i tak cisnął jak piorun- na czole już miałam pasek siniaka od krawędzi bandaży), wypis i do domu.

Tak wyglądała moja głowa i szew…
Mąż zabrał mnie koło 13.
Z antybiotykami, sterydami, przeciwbólowymi
Wracałam.
Pełna obaw, zmęczenia, marzyłam o domu, własnym łóżku i odpoczynku.

Szwy zdjęłam po 10 dniach w Olsztynie, w dniu Bierzmowania mojej córki.
Uparłam się by być w Kościele w tym ważnym dla niej dniu
To nie był dobra decyzja, prawie zemdlałam.
Słaba  byłam jak witka na wietrze…
Nakrzyczeli na mnie wszyscy za to.

Implant, gdy 1 raz założyłam, włączyłam usłyszałam dźwięki z kosmosu,
Pi i Sigma to pikuś, zdjęłam i poszłam ryczeć.
Jak bóbr…
Krzyczałam, jak ja mam słyszeć! To się nie da.
Ale po chwili założyłam znowu i zaczęłam oswajać…
Oj było to trudne, głowa eksplodowała, ściszałam trochę, zakładałam aparat na prawe ucho i pomału codziennie oswajałam.
Każdy dźwięk odbierany ma pogłos, to nie są dźwięki jakie znacie.
Uczę się.
Głowa pięknie się goi – czuję jeszcze miejsce, gdzie był Codacs, ale nie mam takich ataków bólu głowy jak miałam. Mogę położyć się na tym boku głowy, zasnąć. Wcześniej nie mogłam. Jak się zapomniałam dzień był okupiony bólem głowy. Teraz jest inaczej.
Włosków nie myłam tydzień, potem nad zlewem przechylałam i myłam tak 80%. Tam gdzie  szew omijałam długo, zwilżałam wodą w spray  z mydłem, lekko myłam, odświeżałam.
Procesor pięknie się trzyma, kupiłam zaczepki do włosów, wpinam, mam pewność, że nie spadnie jak odczepi się od magnesu.
Dodatkowo ubezpieczyłam go
Po 3 tygodniowym zwolnieniu wróciłam pomału do pracy, ale zmęczenie trzymało mnie bardzo długo. To był kosmiczny czas.
W Kajetanach byłam w czerwcu na aktywacji, Pani poustawiała mi dźwięki, dostałam ćwiczenia dźwięków do domu (zwierząt i otoczenia).
Staram się chodzić w samym implancie jakoś czas codziennie i nasłuchiwać, rozmawiać, słuchać muzyki, oswoiłam już jego obecność na głowie.
Mam ustawiony obecnie 2 drugi program.
Wizytę mam kolejną we wrześniu, potem za pół roku.
Uczę się. Walczę, każdego dnia.
Myślę, że jest lepiej niż było.
Ale euforię trzymam w ryzach.
To była 5 operacja na lewe ucho.
Jestem zmęczona, bardzo, ale zawsze uśmiechnięta.
Mam dla kogo żyć.


Wierzę, że na tym etapie odetchnę trochę od grzebania w głowie.
Co przyniesie mi dalej los, co z prawym uchem
(póki co działa z protezką w aparacie) czas pokaże…
Skupiam się na tym co jest i walczę dalej by słyszeć.
WALCZĘ i nie przestanę.
Ciąg dalszy nastąpi…

Print Friendly, PDF & Email
0Shares

4 odpowiedzi na “Reimplantacja ucha lewego. Implant ślimakowy”

  1. Dziękuję za nowy post, na który czekałam niecierpliwie. Jesteś wielka, tle przeszłaś i wciąż walczysz. Dużo zdrowia Wojowniczko 🙂 Ps A jak z rozumieniem mowy w nowym implancie?

  2. Przetworzyłam, przetrawiłam Twój najnowszy wpis na blogu i muszę jeszcze napisać, że z tym wymazem z odbytu to nie ogarniam. Na wynik posiewu na bakterie czeka się przynajmniej 2-3 dni, więc takie badanie na dzień przed operacją jest bez sensu, poza tym nie wykonuje się takiego badania przed operacjami, do tego głowy. Gdyby posiew z gardła, ucha robili to jeszcze bym zrozumiała ( tak można wykryć np. groźną szpitalną bakterię New Delhi), ale z odbytu??? Jak dla mnie to na bank testują na kajetanowskich pacjentach chińską metodę wykrywania koronawirusa. Test z nosa plus test z odbytu. W Polsce tak się nie wykrywa wirusa, ale kto Kajetanom zabroni. Druga sprawa, która mnie nurtuje od dawien dawna, to sprawa tego, że winnymi reimplantacji są Kajetany. Lekarze powinni wiedzieć, że Twój stan/ słuch tak się pogarsza, że nie rokujesz dobrze jeżeli chodzi o poprzedni implant i od razu powinni wszczepić implant ślimakowy, a nie narażać Cię na dwie trudne operację, ból, długą rekonwalescencję. Trzymaj się kochana, ściskam serdecznie, zdrowiej. Słuchu wracaj, słuchu trwaj!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *